12 mar 2013

Don't Worry Be Happy - zapiski z "zielonej wyspy"

Królestwo śmieci ...

Historia , którą tu przedstawię mogła zdarzyć się wszędzie w Polsce. Ta akurat dotyczy rejonu wieluńskiego w woj.łódzkim. Nasze Eldorado , a może jeszcze inaczej - "zielona wysepka" , znajduje się nieopodal miasta Wielunia , w małej miejscowości leżącej przy trasie Wieluń - Praszka. To wieś jak wiele innych skupionych wokół jedynej "metropolii" jaką jest w jakimś sensie miasto Wieluń. Warto by przypomnieć choćby fakt iż to właśnie na to miasto spadły pierwsze niemieckie bomby dn. 1-września-1939 roku. Podczas bombardowania samo miasto mocno ucierpiało , zginęło wówczas coś około 1200 mieszkańców. Nie będę rozwijał dalej tego wątku , gdyż tak naprawdę nie o tym miał być ten tekst. Wracam zatem do miejsca w którym to umiejscowione jest wcześniej już wspomniane przez mnie "El dorado".

Wokół naszej "zielonej wysepki" rozpościera się przepiękny wiejski krajobraz , do niej zaś prowadzi piękna aleja obsadzona po obu stronach starymi okazami drzew . Tą samą aleją okoliczni mieszkańcy odprowadzają także swoich bliskich na wieczny spoczynek . To droga na cmentarz , który położony jest tuż za naszym "królestwem".

Miejsce to , zwłaszcza latem , może przypominać wyspę szczęśliwości. Przepiękne zielone pola , łany zbóż , równe rzędy obsadzone ziemniakami ciągnące się hen aż po horyzont. Tudzież zagon kapusty , bieleje z daleka . Daleko w polu , na miedzy , stoją niczym strażniczki samotne trzy stare grusze , to pozostałość po wspaniałym kiedyś sadzie , który w okresie swojej świetności , przynosił obfite plony. Dziś te grusze to swego rodzaju symbol obecnych czasów a co za tym idzie i zmian jakie one niosą ze sobą.

Kiedyś we wsi liczącej około 400 mieszkańców w każdej niemalże zagrodzie napotkać można było przynajmniej jedną krowę , cielaki , konia , świnie , kury itd. Co bogatszy gospodarz posiadał także i ciągnik. Wielu z nich dysponowało maszynami do pracy w polu , w tym i do zbiorów płodów z tychże pól. Tak było jeszcze przecież nie tak dawno , raptem 10 może 12-15 lat temu. Po drodze zaliczyliśmy , oczywiście , "referendum unijne" . Od tego właśnie momentu , można by stwierdzić , z dużą dozą prawdopodobieństwa , że faktycznie rozpoczęliśmy nasz marsz a właściwie to bieg ku "zielonej wyspie". Jak to dziś z perspektywy tych kilkunastu lat oceniają znawcy tematu , zabrnęliśmy ale na bagna , jeśli już , to stoimy nad skrajem topieli.

Od tamtej pory wiele się zmieniało i w naszej miejscowości. Póki co wieś pozostała , natomiast z dawnego dobrobytu , w całej wsi pozostały dwie krowy i kilkanaście świń . Te ostatnie dosłownie zliczyć można na palcach obu rąk. Co rusz któryś z dawniej nieźle prosperujących gospodarzy , wystawia to ciągnik , to rozrzutnik , często wystawiane są kombajny do ziemniaków , zaopatrzone w tabliczkę z nr telefonu i dodatkowym napisem "pilnie sprzedam". Zdarza się i to coraz częściej , że doprowadzony do bankructwa gospodarz , wcześniej dzierżawi bądź odsprzedaje ziemię a sam idzie szukać pracy w okolicy. Jeśli się szczęście do niego uśmiechnie to trafi mu się fucha u "bauera" w Niemczech bądź Holandii. I tak dzień za dniem rok za rokiem nasza kiedyś bogata okolica przeistacza się powoli w jedną z wielu "zielonych wysepek" , niczym zgorzel toczących do niedawna nie najgorzej przecież prosperujące także i rolnictwo w tym przetwórstwo owoców czy warzyw. Byliśmy potęgą w produkcji buraka cukrowego , ziemniaka , rzepaku , zbóż wszelakich . Dziś z tamtej prosperity pozostały jedynie wspomnienia. W zamian mamy Unię Europejską z jej kodyfikacją i limitami. Niemalże na wszystko co tylko można zasiać , zasadzić czy ewentualnie przetworzyć.



W takiej to rzeczywistości niecałe 10 lat temu w tejże miejscowości , pewien "businessman", rodem z pobliskiej wsi "Ruda" , postanawia w miejscu dawnego "Ośrodka Maszynowego" , rozpocząć działalność polegającą na przerobie , segregacji , przetwórstwie , pozyskiwanych w okolicy śmieci i innych odpadów. Jak postanowił tak i uczynił. Zakład istnieje do dnia dzisiejszego. Historia którą chciałbym opowiedzieć związana jest ściśle z działalnością tego zakładu. Gdzieś około połowy lipca ubiegłego roku za zgodą "właściciela", dołączyłem do grupy "rwaczy" worków , ze stawką 50 zł / dzień , czyli około 6,25 / godz. Formalnie rozpocząłem pracę od najbliższego poniedziałku. Praca okazała się dość męczącą , palce momentami odmawiały posłuszeństwa . Pierwszy miesiąc był niemalże nie do zniesienia . Dodatkowo upał i spocone ciało a do tego zewsząd pojawiające się latające insekty. Na domiar złego nie otrzymałem żadnej odzieży ochronnej . Nawet rękawice były z "odzysku" , wybieraliśmy je ze sterty świeżo przywiezionych i wysypanych worków . Mieliśmy przynajmniej tyle. Dość komicznie to wyglądało . W tych białych rękawicach wyglądać by mogło , że "szef" taki dobry , nie żałuje nam na takie "wypasione" że tak to ujmę , ochraniacze rąk. Później dopiero się okazywało w trakcie pracy , że to lichy wyrób , wytrzymuje co najwyżej dzień może dwa . Jeśli tylko są worki w miarę suche. W zimie natomiast te podgumowane (z lateksem) rękawiczki dodatkowo powodują szybkie marznięcie i tak skostniałych już palców u rąk .




Niemalże przez całą dniówkę stało się w jednej kleistej mazi utworzonej z wody wyciekającej z masy bezładnie spiętrzonych papierowych worków połączonej z jakimś substytutem o konsystencji proszku . Z każdą wyrywaną ze środka worka , folią , unosiła się zawiesina powietrza ze sproszkowanym mlekiem bądź innym specyfikiem. I tak dzień za dniem , tydzień za tygodniem. O masce p-pyłowej mogliśmy zapomnieć także.Tu aż się prosiła wizytacja inspektora BHP..Prócz pełnych płuc "mleka w proszku" , nogi , a właściwie buty (nie dostałem żadnego obuwia ochronnego z zakładu) przez całą dniówkę topiłem się we wspomnianej wcześniej gęstej , przywierającej do butów niczym glina , wodnisto-mlecznej mazi. Zimą zaś lodowate zimno i zamarzająca bryja. Kiedyś , ale to już w zamierzchłych czasach , jak pracowałem na dworze , mieliśmy przydział gorącej zupy "z wkładem" , wprost z gorącego kotła. Tak ale to było za czasów "komuny". Dziś natomiast to zupełnie inna bajka.




Do niedawna jeszcze przecież , bo do końca lutego , wraz z kolegami , w czwórkę , tworzyliśmy brygadę . Jednego dnia całą naszą czwórkę najzwyklej w świecie zwolniono . Pamiętam jak dziś gdy będąc na stanowisku pracy podszedł do nas "szef" i wręcz z jakąś wewnętrzną wściekłością oznajmił nam , że mamy pozostawić wszystko jak jest i wynosić się do domu. Dokładnie , że jesteśmy wszyscy zwolnieni. Możecie sobie wyobrazić jak się każdy z nas poczuł? Poprzedniego dnia cała nasza czwórka miała spod śniegu ,ze sterty leżącej na zapleczu , wyłuskać "złom" plastykowy czyli zdezelowane zderzaki samochodowe. Po czym po sztuce przenieść i poukładać na wadze . Jak pamiętam uporaliśmy się z tym zadaniem do godz.15.00, po czym przechodząc obok szefa udaliśmy się każdy z osobna do domu. Nie pamiętam aby szef któregoś z nas prosił by pozostać po godzinach . Co więcej kilka dni wcześniej mieliśmy podobne zlecenie od szefa i wówczas ładowaliśmy taki sam asortyment czyli zderzaki , bezpośrednio na samochód . Pracowaliśmy pół godz. dłużej stąd następnego dnia przyjechałem do pracy 20 min później z uwagi na fakt , że miałem nadrobione , a nie było w zwyczaju szefa by komuś jakieś nadgodziny zapłacił. Taki już ,"uczciwy" inaczej, był. Tego samego ranka zrobił mi mały przytyk w związku z moim "spóźnieniem" , próbowałem wspominać o wczorajszym dniu , że zostałem dłużej itd. Zbył moją uwagę a na dodatek zaczął swój stały "repertuar" w stylu: "wam tylko płacić" a robić to nie ma komu (czy coś w tym rodzaju)...




Podsumowując , jakby na koniec , chciałbym pokrótce wyjaśnić - dlaczego opisałem całą tą historię . Między innymi po to , by posłużyła w przyszłości za któryś z rzędu już przykład wskazujący na rozrastające się w obecnej dobie liczne patologie w postaci łamania prawa także i poprzez bezwzględny wyzysk pracowników najemnych . Przy czym patologią jest również zatrudnienie naszej czwórki bez żadnej wcześniej sporządzonej a wymaganej przez puki co polskie prawo - umowy (jakiejkolwiek) , brak odprowadzanych składek z tyt. ubezpieczenia itd. Nie wspomnę o takich "drobiazgach" jak ubranie ochronne , obuwie , rękawice czy maska p-pyłowa. Wysługa lat oczywiście też nie wchodzi w rachubę. Przyszła emerytura ? W jednej sprawie nasz "drogi" szef był w miarę sumienny. Jeśli chodzi o zapłatę tej , jak to mój kolega określił , "zapomogi dla ubogich" , na koniec tygodnia z zasady wypłacał nam tygodniówki . Czyli jeśli cały tydzień (5 dni) mieliśmy przepracowany otrzymywaliśmy sumę 250 zł . Jak z powyższego rachunku wynika , że przy wielkim szczęściu i pracy przez okrągły miesiąc można byłoby zarobić aż ..1000 PLN. Z tego co mi jest wiadomym nie jest to nawet poziom najniższej krajowej pensji. Cóż zrobić , takie czasy . Wiem jedno, że muszę , zresztą nie tylko ja sam , to małe polskie "piekiełko" jakoś przetrwać.




"Rudy" ,to jeden z trzech piesków-strażników , które pilnują "królestwa śmieci".


Krótki zapis filmowy ...


Bobby McFerrin - Don't Worry Be Happy


Look at me I am happy
Don't worry, be happy

Here I give you my phone number
When you worry call me
I make you happy
Don't worry, be happy




"Andruch" / z Opola /
http://andruch.blogspot.com/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz